No. Więc ten. Prolog jest. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
~~~~~
- Och! - krzyknęła mała dziewczynka z
brązowym, splątanym gniazdem na głowie i wiewiórczymi zębami. Rozglądała się po
gwarnym peronie pełnym uczniów z kuframi i sowami w klatkach. - Jak tu fajnie,
mamo, spójrz!
- Tak, Hermiono, jednak nie używa się
takich ordynarnych słów - pouczyła małą szczupła kobieta w okularach.
- Tak, mamo, masz
rację."Fajnie" to nie jest dobre określenie. Tu jest... świetnie! -
podskoczyła brązowowłosa dziewczynka i klasnęła w ręce. - Kocham was - stanęła
na palcach i dała buziaka kobiecie i dotychczas milczącemu mężczyźnie. Odbiegła
z kufrem w stronę pociągu, który już zagwizdał. Na ogromnym peronie zostali z
nimi tylko inni rodzice, szukający swoich dzieci machających do nich zza szyb.
- Pamiętaj, żeby myć codziennie zęby! -
krzyknął za nią tata, jednak jego mała córeczka tego nie słyszała; wsiadała do
pociągu. Odjeżdżała do Hogwartu.
Właśnie miała zacząć się jej największa
przygoda w życiu. Tu miała przeżyć najwspanialsze chwile. Tu miały ziścić się
jej obawy i koszmary. Tu chciała spędzić chwile z innymi czarodziejami, tu
jednak musi przetrwać kłótnie z wrogami.
I poznać pierwszą i prawdziwą miłość.
Jean i Bob Granger spojrzeli na siebie.
Nie byli zadowoleni z wyjazdu Hermiony - co prawda obiecała wysyłać listy gdy
tylko będzie miała czas i siłę, ale chyba żadnej zatroskanej matki i
zaniepokojonego ojca to nie satysfakcjonuje. Powinna zdawać relacje z każdej
minuty jej życia! Przecież od tej pory nie może być kontrolowana i wychowywana
przez rodziców. A ten Hogwart? Przecież nic o nim nie wiedzieli!
Mimo tego koszmaru musieli się z tym
pogodzić. Jak Hermiona.